.:: ANNA MARIA JOPEK ::. ID.::

GOŚCIE SPECJALNI anna-maria-jopek.com

  • MARCIN KYDRYŃSKI - "w życiu niezwykle ważnym darem jest pasja..."

    Ur. 24.V.1968. entuzjasta muzyki, podróżnik, fotograf. Od piętnastu lat autor audycji jazzowych w radiowej Trójce. Jako nastolatek wyjeżdżał do Szwecji i Niemiec gdzie pracował jako kamieniarz i robotnik rolny. Później przemierzał świat z aparatem fotograficznym. Ukończył teatrologię. W latach 1995-98 szef muzyczny festiwalu Jazz Jamboree. Pierwszy fotograf, który miał własny reportaż z międzynarodową okładką w National Geographic. Za album "Pod słońce" otrzymał nagrodę Arkadego Fiedlera. Komponuje muzykę, pisze teksty. Twierdzi, że w życiu niezwykle ważnym darem jest pasja... Syn Lucjana Kydryńskiego i Haliny Kunickiej, mąż Anny Marii Jopek, ojciec Frania i Stasia.

    Marcin Kydryński

    Monika Marek: Stwierdził Pan kiedyś, że najważniejsze są pasje. Były już podróże, fotografika, pisał Pan książki, oraz muzyka, która przewija się chyba przez całe Pana życie. Czy to ona jest teraz tą jedyna i najważniejszą pasją ?

    Marcin Kydryński: To są pasje, które się uzupełniają. W każdym wypadku są próbą wyrażenia, utrwalenia siebie i świata. Nie wierzę, że można zrobić to w sposób kompletny posługując się jedynie wybranym, pojedynczym medium. Bliska jest mi tu na przykład Joni Mitchell, która w fascynujący sposób łączy muzykę z plastyką i mocnym, drapieżnym słowem. Nie zamierzam, oczywiście porównywać się z Joni, ani nawet nie śmiem nazywać artystą (choć przyznaję, czasem mnie kusi). Mam raczej na myśli otwarte z jednej, dyletanckie, wszechogarniające z drugiej podejście do sztuki...

    M.M.: Coraz więcej Pana tekstów można zauważyć na płytach Pana żony, pierwszy, czyli PSALM powstał w pociągu na trasie Kraków - Warszawa. Czy dziś również wybiera Pan tak nietypowe miejsca, a może istnieje już ulubiony kącik, gdzie chowa się Pan przed światem i pisze te piękne teksty ?

    M.K.: Zauważyłem, że najbardziej kreatywny jestem w domu, w znanych mi na pamięć miejscach, które nie rozpraszają. Kupiliśmy z Anią niedawno posiadłość gdzie remontuję dom. Szmat ziemi, sarny, rzeka, lasy, pola...wydawałoby się - idealna samotnia dla pisania piosenek. Błąd. Wszystko mnie tam rozprasza, każde źdźbło trawy dziwnie uwiera moją świadomość, łechce, nie pozwala się skupić. Nie napisałem tam żadnej muzyki do tej pory, choć próbowałem. Może ze dwa szkice tekstów na nową płytę.

    M.M.: Nad każdym albumem pracuje Pan razem z żoną, w jednym z wywiadów Anna Maria Jopek stwierdziła, że 90 procent pracy nad płytą to Pana działania. Czy to dobry układ, kiedy mąż i żona pracują razem ? Czy oddzielają Państwo pracę od życia prywatnego?

    M.K.: Miło ze strony Ani, że mnie tak docenia i rozpieszcza. To szacunkowe dane, stanowczo moim zdaniem zawyżone. Istotnie jednak bardzo się angażuję właściwie we wszystkie projekty, pomijając Ale Jestem, kiedy byłem w Afryce. Choć chyba napisałem i tak ze dwa teksty. Powiedziałbym, że główna moja praca polega na zagonieniu Ani do pracy. Do uczynienia jej życia nieznośnym, póki nie siądzie do fortepianu. Piszę też trochę piosenek, które ona czasem wielkodusznie wykonuje. Organizuję sesje. Niektóre z nich produkuję, co polega na wyborze utworów, obsadzie, decyzji o brzmieniu i formie utworu, wyborze wersji, inspirowaniu solistów i tak dalej. Moja produkcja bliższa jest tej w rozumieniu Manfreda Eichera czy Tomy'ego LiPumy niż na przykład Marcusa Millera, który wszystko robi sam a potem mu Miles Davis tylko gra na trąbce...
    Nie, nie oddzielamy życia od pracy. Nie nazywałbym jej zresztą pracą, choć chwilami, jak na przykład teraz, kiedy rodzi się nowy album, po raz pierwszy w pełni nasz, autorski - to niewyobrażalna męka. Ale - hmmm...nieporównywalna jednakże z męką chirurga na dyżurze lub górnika na przodku. Całe nasze życie jest nieustającym słuchaniem muzyki, rozmowach o niej, czytaniem książek i błahych pisemek w poszukiwaniu inspiracji, namysłem - by użyć tak górnolotnego, lecz trafnego słowa - nad kolejnym projektem. Chyba zresztą to oczywiste, biorąc pod uwagę fakt, że od grudnia 1997 zrobiliśmy wspólnie ile...dziesięć płyt? Ania wystąpiła na kilkudziesięciu płytach kolegów i zagrała setki koncertów...Ludzie z tego plotkują. mówią: "oni jacyś dziwni, nie pokazują się w Warszawce na salonach, pewnie się kłócą, on się chyba już wyprowadził... i tak dalej..." A my tymczasem kiedyś musimy zrobić tych dziesięć płyt i jednocześnie wychować dwoje dzieci...a przynajmniej starać się o to.

    M.M.: Ma Pan dwóch wspaniałych synów, którym zapewne poświęca Pan mnóstwo czasu. Czy widzi Pan w nich siebie z przeszłości? Przed czym chciałby Pan ich najbardziej uchronić, a co wpoić?

    M.K.: Poświęcam im stanowczo zbyt mało czasu. Mam poważne braki w cierpliwości. To są cudowni chłopcy, ale prawdziwe diabełki. Potrafią być, delikatnie mówiąc - trudni. ja jestem typem samotnika, egoisty, który najchętniej dbałby wyłącznie o własne sprawy i problemy...oni mnie tu zmieniają, ale krwią i blizną. Co wpoić, przed czym uchronić? To pytania z gatunku tych fundamentalnych, najważniejszych w życiu, ale dobrze, spróbuję. Chciałbym wpoić im tolerancję, dobroć, umiejętność współistnienia z przyrodą i szacunek - jeśli już nie miłość do niej, chciałbym im powiedzieć, że w życiu niezwykle ważnym darem jest pasja. I że tylko te związki między ludźmi, które są zbudowane na wspólnej pasji mają szansę trwać dłużej o tę chwilę... Przed czym uchronić? Przed złem w każdej jego postaci - to zrozumiałe. Tak samo jak i nierealne. To będzie trudna próba dla mnie, kiedy dorosną i będą sami poznawać świat.

    M.M.: Interesuje się Pan wieloma rzeczami, czy bywa tak, że budzi się Pan rano z nowym pomysłem i stara się go realizować...?

    M.K.: Nie, mam poważne problemy ze snem. Zazwyczaj, jeśli już w ogóle, śnią mi się koszmary, każda historia jest podszyta iście kunderowską niemożliwością spełnienia, naznaczona klęską, nieszczęściem...nie życzę nikomu moich snów. A propos, jeśli można nazwać to "pomysłem do realizacji" - to obiecałem sobie (jako jedną z wielu rzeczy w tej kwestii) że ANI JEDEN teks na nowej płycie nie będzie zawierał słów: "sen" i "łza" w żadnej możliwej odmianie czy liczbie.

    M.M.: Osiągnął Pan w życiu wiele sukcesów, jest Pan doceniony w wielu dziedzinach, do czego dąży Pan teraz, co było by dla Pan największym sukcesem?

    M.K.: Myśli Pani, że jestem doceniony? Nie czuję tego, szkoda. Myślę, że doceniona jest Monika Olejnik na przykład. Może Martna Wojciechowska, choć kto wie, być może i one są innego zdania. Ja mam parę marzeń muzycznych. parę postaci bardzo dla mnie ważnych, z którymi chciałbym się zetknąć, współpracować, napisać parę piosenek, z których byłbym zadowolony i słuchać, jak ci ludzie je wykonują. Kto, zapyta Pani? To chyba nie tajemnica dla nikogo, kto słucha mnie w Trójce: Branford Marsalis, Sting, Bill Frisell, Gonzalo Rubalcaba, Charlie Haden, Bobby McFerrin...

    zdjęcie: Anna Maria Jopek M.M.: Powszechnie jest Pan uważany za wybitnego jazzmana. Nie raz można było się o tym przekonać, np. na Jazz Jamboree, więcej jazzu było też w Pana audycjach. Czy nie uważa Pan, że teraz troszeczkę odwrócił się od tego fantastycznego stylu?

    M.K.: Czy jazzman to nie ktoś kto GRA jazz? U mnie z tym słabo, choć staram się, ale tylko w domu! Jazz...nie chciałbym się tu spierać o pryncypia, o semantykę. Jazz to dla mnie, że zacytuję Pata Metheny, nie rzeczownik, lecz czasownik. To muzyka będąca nieustannym poszukiwanie, pytaniem, wyzwaniem, niespełnieniem i nienasyceniem już w samym założeniu. To ciągły ruch, zmiany...w tym sensie, można powiedzieć, Ania i ja jesteśmy jazzmenami. Każdy nasz projekt jest różny od poprzedniego. W tym sensie na przykład zespół Maanam nie jest, jak mi się zdaje, jazzowy. Ale to nie jest określenie wartościujące.

    M.M.: Będąc przy muzyce, aż wyrywa mi się pytanie, kto jeszcze stoi na półce z płytami, obok (jak wiemy) wielkich dla Pana Pata Methenego i Stinga?

    M.K.: Obok Pata i Stinga, którzy mają zupełnie osobne rejony na półkach stoi zbiór nagrań Ani. Spory.

    M.M.: Zwiedziła Pan tyle wspaniałych miejsc: Zanzibar, Etiopia, Kenia, Sudan, pustynie Afryki, czy są jeszcze takie miejsca, o których zawsze Pan marzył, a jeszcze nie zostały przez Pana odkryte?

    M.K.: Nie. I w ogóle nie ciągnie mnie już w świat. Moim światem jest moja wieś, nasi synowie i nasze piosenki.

    M.M.: Czemu porzucił Pan podróże, czy już nigdy nie zamierza Pan wrócić do Afryki?

    M.K.: Nie zarzekam się. Ale istotnie na razie zaszyłem się w Polsce. Trochę ze strachu - bo świat jeszcze nigdy w historii nie był aż tak niebezpiecznym miejscem. Trochę ze spełnienia. bo zobaczyłem, co chciałem. Trochę z miłości - bo nie wyobrażam sobie rozstania z synami na kilka miesięcy.

    M.M.: A co z fotografią? Może Pan się poszczycić pięknymi zdjęciami do National Geographic, również Pana książki zdobione są obrazami z podróży. Czy planuje Pan w tym kierunku jeszcze nas czymś zaskoczyć?

    M.K.: Nie, nie planuję. Dostałem propozycję z National Geographic, żeby w lutym wrócić do Afryki. Rozważam ją i uzależniam całkowicie od sytuacji na świecie. A ta nie wygląda optymistycznie.

    M.M.: W jednym z wywiadów parę lat temu powiedziała Pan, że " w życiu trzeba robić wyłącznie to do czego ma się stuprocentowe przekonanie", wzięłam sobie wtedy do serca to zdanie i musze przyznać że pomogło w wielu trudnych chwilach. Przy okazji tego wywiadu chciałam serdecznie podziękować za te słowa i polecić je każdemu, aby wyrył je sobie w pamięci...

    M.K.: Dzięki wielkie, to miłe. Przyznaję, że sam staram się żyć w ten sposób od dziesięciu lat i bardzo to sobie chwalę.

    M.M.: Dziękuje serdecznie za poświęcony mi czas i na koniec pozostawiam Pana z kilkoma krótkimi pytaniami od fanów


    Marcin Kydryński - Czy uprawia Pan sport, jeżeli tak to jaka dyscyplina jest Pana ulubioną? M.K.: Uwielbiam narty. Lubię konie, ale jeżdżę słabo. Lubię je raczej jako przyrodnik z zamiłowania.. - Czy jest taka książka, którą wywarła na panu ogromne wrażenie?

    M.K.: Prawie każdy Miłosz i Szymborska. Większość Kundery i Nabokova. Wracam do nich bezustannie. Być może moją ukochaną książką w ogóle jest Dolina Issy, choć zapewne ciężko byłoby wybrać jedną. Innego dnia będzie to lolita.

    - Jak nazwałby Pan córeczkę?

    M.K.: Jest wiele imion, które lubię: Natalia, Julia, Magdalena... niestety, nie zanosi się na córeczkę. Podoba mi się imię córki Quincy Jonesa i Nastasii Kinsky: Kenya.

    - Kto jest dla Pana największym autorytetem?

    M.K.: Zależy w jakiej dziedzinie. Muzyki - Pat Metheny. Literatury - Wisława Szymborska. Fotografii - Tomasz Tomaszewski. W dziedzinie szeroko rozumianego życia będą to zapewne moi rodzice. Rzadko które dziecko ma szczęście powiedzieć coś takiego, prawda?

    - Co doprowadza Pana do furii

    M.K.: Chamstwo kierowców.

    Rozmawiała: Monika Marek
    Październik 2004r.


  • (c) ANNA MARIA JOPEK MUSIC