PAMIĘTNIK ANNY MARII JOPEK Z TRASY KONCERTOWEJ "NIEBO"
Lublin, 25.10.2006
Napiór: Lublin...ostatni dzień wspólnego muzykowania...Sala pękała w szwach. Odczuwaliśmy mocno, że kończymy trasę i dawaliśmy z siebie wszystko. To był udany wieczór. Niezwykła jest ulotność improwizowanej muzyki. Wydawałoby się, że trasę zaczynaliśmy wczoraj... Bardzo lubię ten skład na scenie i poza nią. Wracaliśmy do Warszawy na noc i zaglądaliśmy do kieliszków różnorakich rozmiarów. :-)
Aniu, Mino, Kubiku, a także wspaniała publiczności - DZIEKUJĘ ZA CUDOWNY CZAS!
AMJ: Koniec. Dobre trasy mijają zbyt szybko. Szkoda. Będę tęsknić za taką wolnością w muzykowaniu. Trzeba przyznać, że przy Mino, Napiór i Kubik (zawsze wybitni) grali w szczególnym uniesieniu. Dobry groove jest jak zdrowe serce organizmu (Mino, Miiinoo zostań!). Lublin lubi nas, oj lubi. Ludzie tu tacy, jakich kocham - otwarci, serdeczni i muzykalni obłędnie. Jak śpiewają! I jak słuchają! Organizatorzy witają nas niemal chlebem i solą, a miejscowy strażnik zgadza się na wpuszczenie studentów na wejściówki, ilu się da - do pełna. Uwielbiam takie podejście. Nikt nie robi o nic problemów i czuję się jak Elvis Presley, tak mnie tu rozpieszczają. Przyjeżdża Arek Pruszczyński (Professional Audio Systems) i montuje na estradzie małą rozkoszną kolumienkę na wysokości moich stop. Testujemy ją od początku trasy i nie mogę się nią nazachwycać. Maleństwo musi przejść testy mocy. Estrada to poligon wojenny i bez wzmacniacza, limitera i innych cudów, taki szlachetny sprzęt po prostu się spala. Jeśli Arek dostosuje tę kolumnę do życia na scenie, będę (być może) jedyną na świecie wokalistką posiadającą "przody" uszyte na miarę pasma brzmienia - oddające realny dźwięk, alikwoty a nawet szmery mojego głosu. Kiedyś napiszę o tym więcej, bo cała ta historia napawa mnie dumą nieprzyzwoitą.
Teraz wróćmy do Lublina (zobacz zdjęcia z koncertu). Nawet moja Agatunia - przyjaciółka na śmierć i życie, pochodzi stąd. Dziś czeka na mnie w garderobie i śmiejemy się jak małe dziewczynki. Koncert udany. Gramy nie nazbyt nostalgicznie, na co się zanosi zawsze przy ostatnim graniu w trasie. Cóż, tyle razy rozstawaliśmy się i na powrót stawali jedną muzyką z Mino, że moja kobieca intuicja uspokaja mnie - ciąg dalszy nastąpi na pewno...
Dziękuję moim nadzwyczajnie utalentowanym Kolegom - Markowi i Robertowi za wiele wzruszeń i radości we wspólnym frazowaniu i za entuzjazm i wsparcie, którego tym razem, potrzebowałam bardziej niż kiedykolwiek. Dziękuję Mino, za to, że jednak, zamiast jakiejś Kalifornii, wybiera szare, skandaliczne polskie drogi, gorsze warunki i słabe wino - dla muzyki... Mojej muzyki! w którą ilekroć przenika, odmienia jej bieg. Mino! Jesteś wielki. Andrzejowi Romanowi za pełną oddania pracę nad naszym nieokiełznanym brzmieniem. Asi Gardasiewicz za fantastyczne zorganizowanie tej trasy i za to, że jest mi Aniołem (i to jakim profesjonalnym!).Także wszystkim urodziwym Agentkom Agencji Grami, z Grażyna szefującą i Heniem patronującym, za pracę i wielkie zaangażowanie.
Dziękujemy Piotrowi Mizikowi - Pinezce za nasz komfort pracy na scenie. Pawłowi Pająkowi za czary światłami - baaardzo inspirujące. Adamowi Cieciurze za bezpieczne podróżowanie.
Tomkowi Gajewskiemu, za nadzwyczajny talent i oddanie w synchronizacji tej strony z naszymi działaniami na scenie i za edycję mojej pisaniny (relacje -
rewelacje wysyłam z telefonu komórkowego).
Dziękujemy wszystkim patronom medialnym i lokalnym promotorom - bez was trudno, czasem wręcz się nie da nic... Asi Jedliczko, Monice Marek, Martynce Wylot, Monice Trzos - za wielką pomoc i wielkie serce. Piotrowi i tym którzy nas fotografowali dla potrzeb www, za cudowne pamiątki.
Arkowi Pruszczyńskiemu z Professional Audio Systems za moją kolumnę. Lokalnym ekipom technicznym oraz Małgośce Evertse, Krzysiowi Kaintoch, Oli Wrzesińskiej, Milenie i wszystkim nam życzliwym - za wsparcie, a także wszystkim niewymienionym, o których pamiętam, nawet kiedy zapominam wpisać na te listę.
Mojej Rodzinie, która rozumie, że bez koncertów umieram.
NAJBARDZIEJ DZIEKUJĘ MOJEJ PUBLICZNOŚCI - ZA TO, ŻE OD DZIESIECIU LAT, ŻYJĘ W ZŁUDZENIU, ŻE TO CO ROBIĘ, JEST KOMUŚ POTRZEBNE. JESTEŚCIE MOJĄ SIŁĄ.
Kielce, 24.10.2006
Cudownie nam się gra! Pewnie gdzieś w tyle głowy, ta myśl, że to już prawie koniec, daje dzisiejszej muzyce szczególne nasycenie. Sala wielka, publiczność pełna zrozumienia, oddycham pełną piersią, tak mi dziś dobrze na scenie. Fajnie, że to w Kielcach, taka dobra chemia między nami, bo wiele lat bałam się wracać w te strony. Dziwna ze mnie istota. Mogą mi tłumy klaskać na stojąco i wielu szczerze dziękować za muzykę - starczy, że jedna zgorzkniała, sfrustrowana osoba dotrze do mnie wśród stu entuzjastów - tę jedną, rozgoryczoną zapamiętam i przepłaczę. Tak, jakbym w pochwały i tak uwierzyć nie umiała. Jak się leczyć z takiego przewrażliwienia? Świetnie wiem, że w moim zawodzie mam prawo wywoływać skrajne emocje. Ludzie mają tak różne gusta, oczekiwania i potrzeby. Kiedyś w Kielcach przeżyłam nalot lokalnych biznesmenów "koneserów muzyki" po koncercie, który oceniałam jako udany (miałam po temu prawo - owacje, bisy). Przyjęłabym godnie ,rozsądny glos krytyki, gdyby nie zmęczenie (po koncercie jestem energetycznie odsłonięta, bezbronna) i perfidia działania moich oprawców - zaprosili nasz zespół na wytworną kolację, na której chyba miałam być daniem głównym. Zwykle, po graniu, padam do łóżka. Nie ma takiej kolacji, na którą dam się zaciągnąć. Ale tu, sprawa była niemal kwestią honoru. Organizatorzy, sponsorzy... Trzeba było iść i basta! Lokal udany i cudowna właścicielka, ale ci, którzy sądzili, że za cenę dobrej minestrone mogą mnie zadręczać wizją tego, co według nich powinnam grywać i wyśpiewywać, są w błędzie. Wyszłam przy przystawkach i parę ładnych lat na Kielce nie można było mnie namówić. Dziękuję kieleckiej publiczności za zatarcie tamtego wspomnienia. Za moją szczęśliwą iluzję, przez nikogo nie rozwianą, że naprawdę zagraliśmy dobry gig. Na marginesie powiem Państwu, że jeśli wybieracie się do jakiegoś "artysty za kulisy, po robocie" - oszczędźcie mu słów krytyki. Zrobi to za was jutrzejsza gazeta. Ale to będzie jutro! Nie w chwile po zejściu ze sceny. Ta praca to trochę handel własną dusza i ciałem. Akt pewnej nadzwyczajnej odwagi, na który porywa się każdy, kto odrywa ludzi od ich spraw, sadza w fotelu i dwie godziny zadręcza własną twórczością. Cóż to za działalność absurdalna! Nigdy nie ma pewności czy się nie jest błaznem aby. Śmiesznym, żałosnym... Wielki niepokój. Każdy kto chodzi do takiej pracy, wie ile to kosztuje... głowę, serce, płuca, żołądek.... Nawet jeśli słaby z niego performer - czas to zweryfikuje, poszuka innej roboty, nic mu po naszych uwagach. Ilekroć chodzę na cudze koncerty, żeby nie wiem co się działo, chwale to co udane i dobre (zawsze to wysłyszę!) bo wiem, że bez wsparcia, noc bezsenna...
Moja noc w Kielcach, to była dobranoc.
Napiór: Od pierwszych dźwięków wiadomo było ze nie będziemy brać jeńców. Za wszelką cenę chcieliśmy "odczarować" krakowski koncert. Z dużą pomocą kieleckiej publiczności, udało nam się, chyba, zagrać dobry koncert. Kolacja w dworku... była wspaniałą, integrującą biesiadą! Brawo kucharz!
Kraków, 23.10.2006
Trudne granie. (Zobacz zdjęcia z koncertu.) Winie za to spadek energii po Bratysławie, podstępnie wzbudzający się dźwięk "a" (w basie, na scenie) i bardzo ostrożna publiczność. Powściągliwa publiczność -powściągliwe granie... Mino pyta, dlaczego studenci, najwdzięczniejsi słuchacze, nie dotarli do Bagateli?
Ekonomia... Myślę o tym stale, że nie mam szczęścia do Krakowa. Że cena jaką trzeba zapłacić, żeby tu zagrać, pociąga drożyznę biletów.
Jasnym punktem wieczoru jest spotkanie rodziny Roberta Kubiszyna i moich krakowskich przyjaciół. Robert gra fantastycznie w rodzinnym mieście. Groove, muzykalność, finezja. Piękne, natchnione intro do „Ucisz się”. Wyobrażam sobie Robertową Mamę na widowni i Jej dumę.
Kiedy Mamy są z nas zadowolone, wszystko inne jest bez znaczenia. Wtorkowy poranek w Krakowie, spędzam na uroczym śniadanku z Tonią Turnau i Doktorem Rusinkiem, w Nowej Prowincji. Jest tak ciepło jak w sierpniowy poranek.
Gadu gadu, pyszna kawka, czas płynie wolniej...
Ach, Krakowie! Moja nieodwzajemniona miłości...
Mino: Krakow was a difficult gig... perhaps it's good to realize sometimes how fragile we are performing this music with outmost love and sincerity.
Kubik: Moje rodzinne miasto... Wszyscy jak zawsze grali dobrze! Ja miałem wreszcie okazje po długim czasie zobaczyć mamę i brata! Publiczność była trochę przestraszona i raczej nam nie pomagała... Niestety Kraków zawiódł też kulinarnie - w poniedziałek po 22giej nie ma możliwości zjedzenia dobrej kolacji... :(
Napiór: Było bardzo ciężko... Warunki akustyczne na scenie nie dały mi szansy na jakąkolwiek kreatywność. Zmagaliśmy się z trudnościami, ale mimo "ochoty w żołnierzu" graliśmy zaledwie na poziomie rutynowym... Jedynym miłym akcentem pobytu w Krakowie była poranna kawa w kawiarni państwa Turnau na Brackiej. Nasza cudowna trasa dobiega końca. Zaczynamy odczuwać smutek i żal, że niedługo będzie juz za nami... W Kielcach i Lublinie damy z siebie wszystko!
Bratysława, 22.10.2006
O godzinie 5.35, przezroczysta z niewyspania, czekam na Mino, w lobby hotelu Westin. Czekanie na Mino jest częścią uroku obcowania z Nim, ale teraz, o świcie, jestem w strachu, że nasz pociąg do Bratysławy (godzina: 6.00) odjedzie bez nas. „Pan Mino wstał na pewno” -informuje mnie sympatyczny recepcjonista. „Budziliśmy Go telefonicznie, trzykrotnie - na wszelki wypadek”. W końcu nasz bohater zjawia się! Uśmiechnięty, zrelaksowany (jak On to robi?). Na centralnym pewnie podstawili pociąg. Zdążamy cudem. Sześciogodzinną podróż przesypiam słabym, płytkim snem. Mino dzielnie nie śpi - czuwa. Okazuje nasze bilety i paszporty do kontroli, kupuje mi herbatki. Kochany facet z Niego. W Bratysławie mamy pół godziny wolnego do próby dźwięku. Padam na nos w pięknym hotelowym łóżku. Dziś gramy w wielkiej hali, dla paru tysięcy ludzi, na oczach ośmiu kamer słowackiej telewizji, a ja mam zjazd. Tylko wysoka adrenalina dźwignie mnie w tym stanie. (Zobacz zdjęcia z koncertu.)
Kiedy jest się tak zrozumianym i tak dopingowanym jak tu, muzyk doświadcza bezgranicznego szczęścia. W utworze „Confiance”, Mino - autor pieśni i bywalec bratysławskiego festiwalu, doprasza do mikrofonu dyrektora festiwalu, Petera Lipe (jak się okazuje charakternego improwizatora, wokalistę). Z marszu, zza kulis. Fajnie, że Peter się nie boi, ani nie kryguje, tylko zawierza muzyce i staje przy mikrofonie. Każdy z nas trojga (Mino również) śpiewa w zupełnie innym stylu. A jednak tworzymy zgrany chór. Uśmiecham się od ucha do ucha, tak miło buja „Confiance” w tercecie. Muzyka pozwala ludziom na większe porozumienie, niż to osiągane najtrafniejszym gadaniem.
Na scenie spotykam naszą wesołą paczkę. Dobrze ich widzieć, naprawdę dobrze... A jak dobrze słyszeć! Napcio i Kubik grają z iście eksportową siłą rażenia. Już wiem, że żywcem nas tu nie wezmą! Od razu budzę się z letargu i zaraz po próbie dźwięku biegnę szykować się do występu. Lustro jest bezlitosne. Widzę na twarzy trzy tygodnie niedospania, udręki i ekstazy. Cera szara, okolicznościowy pryszcz na policzku, oczy przekrwione... Jak to zamalować do tej telewizji? Jak? Myślę o Madonnie i wszystkich kobietach intensywnie grających koncerty, że maja trudniej niż faceci. Że ten przymus, żeby nie mieć urody worka ziemniaków stając na scenie, jest koszmarem. Umalowana, wyprasowana, z adrenaliną w zenicie staję oko w oko z wielką słowacką publicznością. Ależ to piękna publiczność! Mamy porozumienie od pierwszej frazy i chęć zaryzykowania dla takich ludzi wszystkiego. Miłość od pierwszego kontaktu...
Mino: Back to Bratislava, this time with Anna. Standing ovation! I love this group! I don't want to see another doctor!
Napiór: Bratislava Jazz Days to jeden z najlepszych festiwali w Europie. Mimo ekstremalnego zmęczenia święta adrenalina nie zawiodła i udało nam się zagrać dobry koncert. Graliśmy krótszy, skondensowany program dla kilkutysięcznej publiczności. Cieszę się, że nasz kameralny skład potrafi wpasować się w atmosferę wielkiej hali. Ania seksownie mruczała w balladach i z wielką energią pokrzykiwała folkowo w dynamicznych utworach. Mino odziany w najlepszą koszulę na ziemi grał jak dzikie zwierzę. Kubik mocno i bezwzględnie grał rytm, a także lirycznie kwilił na swej ukochanej Foderze. Pozdrawiam czytelników pamiętnika. Do jutra!
Kubik: Świetny festiwal! Ludzie cudowni! Ania zahipnotyzowała wszystkich swoim głosem, Nap zelektryzował swoimi solami, a w Mino obudził się prawdziwy demon! Grał, jak w transie, biorąc nas pod swoje skrzydła lecąc do nieba bram...
Monachium, 21.10.2006
Na jeden dzień opuszczam kolegów i lecę zaśpiewać gościnnie cztery utwory w koncercie niemieckiego gitarzysty Roberta Wolfa. Rankiem, na lotnisku w Gdańsku, zielona, jak zawsze, ze strachu przed lotem, nerwowo przeglądam teksty i nuty na wieczór. W głowie mam przecież trasę Niebo! Za to co mam w walizce? Ho, ho! Celnicy patrzą na mnie podejrzliwie – dziesięciometrowy ukochany kabel, mikrofon, stacyjka odbiorcza i system odsłuchowy ze słuchawką – takie tam, babskie drobiazgi... Na wszystkich lotniskach świata z takim bagażem podręcznym robię piorunujące wrażenie!
W Monachium wita mnie słońce i bardzo przejęty Robert Wolf. Szkoda, że tak słabo się dogadujemy. Robert jest pokrewną, muzyczną duszą i tyle mu mam do powiedzenia. Pozostaje muzyka – język ponad językami. Quadro Nuevo jest ciekawe stylistycznie. Grają akustycznie inspirowani flamenco, klasyka, jazzem. Na scenie nie używają odsłuchów, jak w muzyce klasycznej, przez co muzykowanie wymaga intensywnego słuchania siebie nawzajem. Przejmuje się tym, że tak niewiele wnoszę. Zanim się rozkręcę, trzeba zejść ze sceny. Mam lekki niedosyt, ale przecież jestem tylko gościem. Nigdy wcześniej nie grałam z zespołem Roberta. Cieszę się, że takie zdarzenia muzyczne dają się sprowokować w moim ciasno zapełnionym grafiku. Ściskam muzyków, jak najlepszych, starych znajomych. Muzyka ma taką moc zjednywania ludzi.
W sobotę ląduję na Okęciu i biegnę do Studia Sonus w Łomiankach, gdzie pod moją nieobecność Mino nagrywa brakujące ścieżki na moją nową płytę. Wpadam wprost na nagrywanie shakerów. Hipnoza istna, tak wciąga Minowe szuranie. Ogarnia mnie na chwilę błogi spokój i nawet zapominam, że za osiem godzin trzeba jechać dalej, a walizka nie przepakowana... W domu, w moim łóżku śpi Staś. Pewnie zakradł się tu z tęsknoty. Ściska mi się serce i nie chcę jechać nigdzie. Tak trudno pogodzić moje światy.
Poznań, 18.10.2006.
Uwielbiam śpiewać w Blue Note! (zobacz zdjęcia z koncertu) Co za cudowna publiczność! Kiedy czujesz od pierwszej nuty taką akceptację i zrozumienie, masz ochotę stawać na nosie i zrobić wszystko żeby nie zawieść. Publiczność, która poznaje tematy, reaguje na solówki i chłonie, słucha naprawdę, to wielka siła napędowa i nie sposób dla niej grać słabo. Atrakcją wieczoru jest pękający kontrabas Kubika. Gramy w stałym napięciu i strachu, że mężna dłoń Roberta dociśnie w pewnej chwili tak, że potężny bas rozpuknie się na kawałki. Piotr Mizik, zwany Pinezką, nasz niezawodny mistrz techniki, proponuje przyjmować zakłady w tej sprawie. Ugra? Nie ugra? Ostatecznie pęka tylko struna.
Napiór: Ten klub (Blue Note) ma niezwykłą atmosferę. Grałem tam chyba ze sto razy i nie pamiętam nieudanych wieczorów. Publiczność emituje tak dużo dobrej energii, że staramy się odwzajemnić z nawiązką. Nasza mała wokalno - instrumentalno - rozrywkowo - biesiadna paczka dawała z siebie wszystko...
Kubik: Poznań, jak zawsze nie zawiódł: świetny klub, wspaniała publiczność, która reagowała nawet na najmniejszy szmer na strunach Lindy boskiego Napióra...
Warszawa, 16.10.2006.
Najtrudniej grać w rodzinnym mieście.
(Zobacz zdjęcia z koncertu.) Sami znajomi na widowni i ten gwałtowny przeskok z bycia mamą i gosposią (słabą zresztą) na bycie „artystką". W trasie jest po drodze hotel, trochę ciszy, jakaś wanna, w której można przeczekać spadek energii. W domu, do samego wyjścia na scenę, jestem całkowicie pochłonięta przez świat moich dzieci. Biegamy z zajęć na zajęcia, odrabiamy lekcje, a kiedy nie odrabiamy, tłumaczymy sobie życie między jednym a drugim kuksańcem w nos wymierzanym Franiowi przez Stasia. Najgorsze to generowanie hałasu. Do wieczora ,zwykle pęka mi głowa i marzę o ciszy. Nic dziwnego, że najchętniej śpiewałabym same ballady - kontemplacja ciszy jest składową brzmienia w balladzie. Tego wieczoru, mówię sobie: raz się żyje! I zakładam głęboko wydekoltowaną sukienkę od Tereski Sedy (na scenę zawsze zakładam Sede! To moja ukochana projektantka. Od prostych bluzek i tunik, po bardzo kobiece sukienki - wszystko skrojone ręką Teresy jest piękne, szlachetne i wszystko natychmiast chce mieć w szafie i na sobie! Jestem Sedomanką!). Suknia z głębokim dekoltem okazuje się wielką pułapką dla mojej wstydliwości. Autokontrola tego wieczoru spina mnie na tyle, że dla rozładowania sytuacji, improwizujemy na ten temat piosenkę. Śpiewam, szczerze, o tym, że niezdarnie poruszam się w sukience z braku wprawy, bo spędzam całe życie w spodniach...
Niezdarnie się poruszam. Tego wieczoru rozlewam na scenie i wodę i herbatkę. Panowie grają pięknie. Znajomi na widowni i zachwycające światła (Paweł Pająk) najwyraźniej ich inspirują. Uwielbiam, kiedy muzyka żyje, oddycha. Kiedy się mieni. Rośnie, maleje, jaśnieje, gaśnie. Całkowita elastyczność brzmieniowa, dynamiczna, agogiczna cechuje naprawdę zgrane drużyny. Zaczynamy taką być..
Napiór: Najbardziej lubię grać codziennie. Muzyka ewoluuje wtedy i wzbogaca się każdego dnia. Codziennie staramy się grać lepiej i co najważniejsze inaczej. Zmagamy się z własnymi przyzwyczajeniami przez co muzyka rośnie w oczach jak drożdżówka mojej babci. Mimo dwudniowej przerwy w Warszawie grało się bardzo fajnie! Udało się nam wyimprowizować kilka miłych groove'ow. Byliśmy skupieni i wyczuleni na niuanse. Jo śpiewała bardzo wzruszająco. Aż strach pomyśleć co zdarzyłoby się gdybyśmy nigdy się nie spotkali...
Mino: Warszawa brings all ways a great energy - 1 of the best performances of the tour!
Zdradzamy sposób spędzania wolnego czasu przez członków zespołu AMJ:
przed koncertem ciężka praca w polu...
Elbląg, 13.10.2006.
Mam telefon tymczasowy i cudowne perspektywy - jutro wracam do domu, na 4dni! Ochłodziło się i poszarzało. Nieodwracalna jesień! Wszyscy prychają i kaszlą. Mino, bardzo przeziębiony, dostaje dwa dodatkowe koce do pokoju hotelu Europa w Elblągu. Myślę o tym, jakim trzeba być mocnym człowiekiem, żeby żyć dłużej w trasie, że ten przymus bycia w formie, bycia zdrowym, jest największą psycho-fizyczną pułapką. Kiedyś dostałam gorączki na sam widok miasta oklejonego plakatami zwiastującymi mój koncert. Grypa na miejscu! Dziś znam siebie lepiej i sprytnie oszukuję swój system nerwowy (zakupy! zakupy!).
W Elblągu gramy treściwie. Dużo się dzieje miedzy nami na scenie. Za to między nami a widownią jest pewna nieśmiałość, którą chyba udaje się przełamać, choć to może być tylko moje złudzenie. Mino, mimo złego samopoczucia, jest wulkanem energii. W piosence o Wieszaku, niespodziewanie improwizuje "kode" wysokiego napięcia i natychmiast ma za sobą całą salę. Piosenkę na bis, śpiewamy nie tylko z widownią, ale i całą ekipą pracującą przy naszych graniach (włącznie z kierowcą Adamem, który z wrażenia, że występuje przy mikrofonie przestał być głodny na parę godzin).
Napiór: Fajny, udany koncert. Ania, Mino, Kubik i Nap to coraz bardziej zgrana kompanija, na scenie i poza nią. Krajowa część tej paczki zna się od stu lat jak włoska rodzina. Z dnia na dzień coraz bardziej bratamy się z Mino co na pewno słychać na scenie. Nie byłbym sobą jeśli nie wspomniałbym o wybornej zupie z gąsek, popitej "Cotes du Rhone" w restauracji Staropolska.
Gdynia, 12.10.2006
Utopiłam komórkę... Moja mała Nokia w stylu „art deco” zatonęła w łazience, w czeluści jednego z urządzeń sanitarnych (detale kłopotliwe). Tylko mnie się to może zdarzyć! Bezcenne numery telefonów przyjaciół i kolejny odcinek pamiętnika - bo ja te wyznania zawsze dziergam w komórce. Przepadły! Mój Anioł Stróż z Plusa, Jarek J. załamie ręce nade mną. Tydzień temu wróciłam bez telefonu z Londynu. Świeżo odtworzona karta sim, mozolnie odzyskiwane kontakty i ta Nokia, której już nie produkują... Kochany Jarek, znając mnie, jak złe ziele, miał jedną w zapasie. Tak mi wstyd! Ciekawe, że w takiej trasie (do której się trochę nie nadaję, bo już w trzeciej dobie potwornie tęsknię do domu - dziecinada) koncentruję się tylko na scenie. Cały dzień jestem niezaradna, niezdarna, zmęczona, źle spakowana. Wszystko mi ginie aż do wieczora. Wtedy czekam na przypływ świętej adrenaliny i natychmiast konkretnieję...
W klubie Pokład gramy przyzwoicie. (Zobacz zdjęcia z koncertu.) Inaczej. Zupełnie o czym innym niż dotychczas. To co było wielką pustą przestrzenią w dzisiejszej opowieści jest lasem iglasto-liściastym! Publiczność jest baaardzo nam przychylna. Śpiewa z nami! I to jak śpiewa! Tańczę i śmieję się jak już dawno, dawno mi się nie zdarzało. Jestem pewna, że jeśli zapytacie moich kolegów z pracy o ten wieczór, najpierw opowiedzą jakie zjedli ryby, bo kuchnia w klubie Pokład dała nam wiele szczęścia.
Może wyschnie moja komórka i odratuję notatki z drugiego koncertu w Szczecinie. Mieliśmy sobie za złe wiele tamtego wieczoru. Tak już jest w zespole wymagającym od siebie coraz więcej.
Napiór: Uff... Szczęśliwie, nasza okolicznościowa orkiestra, niczym Feniks z popiołów, podniosła się podczas wczorajszego koncertu. Znowu zaczęliśmy razem oddychać i współgrać jak podczas udanego spotkania w alkowie :-). Bardzo pomogła nam w tym Wspaniała Publiczność!
Szczecin, 11.10.2006.
Napiór: Największym przeżyciem dzisiejszego wieczoru było dla mnie zjedzenie przepysznego Muflona - zwierzątka występującego ponoć w moich rodzinnych, karkonoskich okolicach. Nigdy nie widziałem tego czworonoga i pewnie powątpiewałbym w jego istnienie, gdyby nie fakt, że próby z pierwszym moim zespołem odbywałem w Domu Kultury „Muflon”.
Szczecin, 10.10.2006.
Zachwyca mnie to, co powstaje z pasji. Ta determinacja, z którą na przekór wszystkiemu prze się do upragnionego. Ci, którzy w dzisiejszych czasach powołują do życia kluby jazzowe są cudownymi szaleńcami. Bywa, że takie inwestycje latami się nie spłacają, ale to mniej istotne - najważniejsza muzyka. Od lat kibicuje Ewci z Jazz Cafe w Łomiankach (tak bardzo uwielbiam to miejsce, że pożyczyliśmy tamtejszy stołek barowy, mój rekwizyt sceniczny, na całą tę trasę. Na szczęście!). Od wczoraj jestem też sercem z Elą z Camarillo. Niezwykła kobieta i niezwykle miejsce. Nasz pierwszy wczorajszy wieczór w Szczecinie spędzamy właśnie tam. Pysznie, uroczo, ślubuje sobie zagrać tu pewnego dnia (juz nawet wiem jak się ustawimy!). Gadamy do głuchej nocy. Opowiadamy Eli jakie emocje towarzyszą nam podczas grania tej trasy. O tym, jak się staramy energetycznie wdrapać co wieczór na nasz Everest. Wspominamy, że są koncerty, na których wszystko przychodzi z Nieba. Są też takie, kiedy walczysz z losem o choćby frazę prawdziwego uniesienia, a Twoje pole energetyczne nie większe od psiego ogona. Wspominamy, że grając „free” poznajesz kim i z kim jesteś, że tak usilnie szukamy… gubimy się, znajdujemy, pięć kroków w przód, osiem wstecz… Gadamy, gadamy, gadamy, a potem jest już dzień urodzin Taty i tak ciężko... aby do wieczora, który wreszcie przychodzi. Mino, sam z siebie, stroi cały swój zestaw szamańsko nisko. Odtąd każda miara tonu rezonuje w moim brzuchu. Magia. Łańcuszek Taty wisi na moim statywie mikrofonowym. "Ocalić od zapomnienia" otwieramy wieczór. Dalej niewiele pamiętam...
Napiór: Kreatywne podejście. Ilość zmian, przemian, przeobrażeń muzycznych w tej trasie, czynią ją o Niebo lepszą od marcowej. Dziś była niezwykła atmosfera. Czuło się obecność Tych, którym podświadomie dedykowane było to granie. „Free” niepokojące, spójne, najlepsze dotąd w wykonaniu tego team’u.
Mino: Deep, spiritual concert. I was mooved. Day by day passing by, makes it harder to imagine departure from my friends.
Kubik: Jeden z niecodziennych koncertów w historii: niesamowity klimat, koncentracja, subtelność i wypieszczenie każdego dźwięku. Naprawdę zaczynamy razem oddychać i rozumieć się metafizycznie. Myślę, że to zasługa Mino, który jest prawdziwym czarodziejem...
Droga Wrocław-Szczecin, 9.10.2006.
Nie mogę dziś wiele pisać. Przepraszam. Moja żałoba jest jak otchłań...
Panie Marku, będzie tak bardzo źle bez Pana... Jak sobie dać radę z tym życiem?
Mój Tatuś miałby jutro siedemdziesiąte drugie urodziny...
Wrocław, 8.10.2006.
Dobrze tu wracać. Dziś gramy w sali Centrum Kultury Wrocław Zachód. Ładna sala. Akustycznie wytłumiona. Staję na scenie i klaszcze w dłonie-moje energiczne klap, klap przylepia się do palców. Prawie nie wybrzmiewa. Jak w studio nagraniowym, albo w pokoju z pluszowymi ścianami. Kiedy pojawia się publiczność i zastyga w czerwonych fotelach, wiem, że to będzie kameralny wieczór. Że nic nas nie sprowokuje do hałasu. Że będziemy się skradać, nasłuchiwać. Że będzie trochę introwertycznie, spokojniej, chłodniej. Ciekawe, jak bardzo różnią się te koncerty. Dzięki temu każdy wieczór jest pierwszy. Każdy inny. Nic pewnego. Nic powtarzalnego. Muzyka uczy pokory.
Napiór:” z racji sentymentu do Wrocławia, staram się tu jeszcze bardziej...”
Mino: “soft concert and fantastic dinner in the old town.”
Kubik: „magia miasta udzieliła się na koncercie, który był wyjątkowy. Marek tak czule grał na swoim instrumencie...”
Chorzów, 7.10.2006.
Ruszyliśmy... Tak naprawdę już poprzedniego wieczoru, w Jazz Cafe w Łomiankach (próba otwarta dla publiczności - zobacz zdjęcia). Ależ potrzebuję tych grań! Jak powietrza... W muzyce, co wieczór stwarzasz nowy wszechświat. Nigdzie indziej tego nie doświadczysz. Przestrzeń, czas, energia, materia są jak plastelina w twoich rękach. Przybierają taki kształt jaki im nadasz... Nadamy... Mam genialny zespół: Mino, Napióra, Kubika. Kto kogo ma? Tyle razy w tym programie całkowicie oddaje głos kolegom - czytaj: muzyce. Zamykam usta i jestem słuchaniem. Panowie grają cuuudowne. Tylu rzeczy nie trzeba sobie wyjaśniać kiedy się gra. Emocje, które nigdy się nie mieszczą w ciasne słowa, w formie czystej znajdują bezpośrednie ujście w muzyce. Jak nigdzie są rozumiane i kolektywnie przeżywane. To co boli, można wykrzyczeć. Zachwyt, wielkie zadziwienie nie są nazywane egzaltacją. Może to moja grupa terapeutyczna. Spokój Mino staje się moim spokojem, energia Napióra i szaleństwo Kubika moim szaleństwem, a moja neuroza też staje się zespołowa. Jeśli czujesz się niezrozumiany na tym świecie, zakładaj zespół muzyczny! Koniecznie.
Piękni ludzie na Śląsku. Serdeczni, ciepli, szczerzy, uczynni. Publiczność, organizatorzy, garderobiana... Dziękujemy!
Nie wiem, czy uda się pisać regularnie taki pamiętnik z trasy. Chyba nie w tym zespole... Teraz, w busie śpią mistrzowie sceny. Dzieliliśmy hotel m.in. z Patrycją Markowską, Kasią Klich, ich przyjaciółmi i zespołami (też koncertowały na Śląsku). Pokoncertowe zbratanie naszych drużyn trwało do białego świtu. (Mnie tam nie było. Spałam. Mam małe dzieci i taka trasa to dla mnie jedyna szansa żeby się wyspać). Pytam kolegów o wrażenia z wczorajszego koncertu, dodając, że to ważne, że w internecie mogą błysnąć...ale cisza. Drzemią. Bus sunie do Wrocławia. Jem solone paluszki kupione na stacji benzynowej, patrzę na autostradę w słońcu (ho, ho, czteropasmówka). Dobrze mi na tym świecie. Najbardziej cieszy mnie teraz to co nienazwane, niezdefiniowane, niedopowiedziane, nieprzyłapane, nieograniczone...
|